Zamknij komunikat |X|

Informacja: Strona Domu Reklekcyjnego Emaus, podobnie jak większość stron internetowych wykorzystuje pliki cookies. Nie zawierają one żadnych danych osobowych - więcej na ten temat >>
Dom Rekolekcyjny Emaus - strona główna
Baner
  • Powitanie
  • Dom
    • Historia
    • Diakonia domu
    • Zdjecia domu
  • Informacje dla gości
  • Cennik
  • Kontakt
  • Dojazd

Świadectwa





Wprowadź datę rozpoczęcia rekolekcji (orientacyjnie):

  

2009-02-02

Asia i Andrzej z Gdyni

Trzy lata temu we wrześniu postanowiliśmy się udać do kliniki leczenia niepłodności mieszczącej się w Gdańsku, która w swojej bogatej ofercie miała również metodę In vitro.  

 

Jesteśmy małżeństwem od 9 lat i do tej pory nie urodziło się w naszej rodzinie dzieciątko, pomimo tego, że od początku wyraziliśmy swoją otwartość na przyjęcie nowego życia. Nie stosowaliśmy żadnych środków antykoncepcyjnych lecz i zeszyty obserwacji odłożyliśmy głęboko na półkę oddając termin przyjścia „maleństwa” całkowicie w ręce Boga: „Boże, Ty wiesz jaki jest najlepszy termin”.

            Po dwóch latach od ślubu zaczęliśmy być lekko zaniepokojeni tym stanem rzeczy i zaczęliśmy na własną rękę szukać rozwiązania naszej niepłodności. Przewinęliśmy się przez kilku ginekologów z polecenia, którzy bezskutecznie stosując różne im znane środki (łącznie z przepisaniem środków antykoncepcyjnych i próbą zajścia w ciążę z odstawienia) nie potrafili sobie poradzić z naszym „przypadkiem”. Przez poronienie straciliśmy dwójkę dzieci – nasza desperacja zaczęła sięgać zenitu. Co miesiąc chodziło za nami pytanie - dlaczego nie my jesteśmy w ciąży?

 Trzy lata temu we wrześniu postanowiliśmy się udać do kliniki leczenia niepłodności mieszczącej się w Gdańsku, która w swojej bogatej ofercie miała również metodę In vitro.   W rejestracji zaznaczyliśmy, że chcemy zarejestrować się do lekarza który leczy niepłodność, a nie tylko kieruje na „In vitro”. Ponieważ mieliśmy świadomość, że In vitro nie jest metodą leczenia niepłodności.

Wrzesień upłynął nam na wykonywaniu szczegółowych badań, oczywiście wyniki      z innych klinik były niemiarodajne i trzeba było wykonać nowe. To już wprowadziło pewien niepokój w nasze serca, bowiem ważne dla tego lekarza były tylko wyniki wykonane w tej klinice co wiązało się z dodatkowymi kosztami dojazdu. Niestety żadnych z nich nie udało nam się zrealizować na Narodowy Fundusz Zdrowia - bardzo nadszarpnęło nasz skromny budżet domowy.  Wyniki laboratoryjne, ku naszemu zdumieniu, wyszły porównywalne z posiadanymi przez nas wynikami zrobionymi trzy miesiące wcześniej.  Jak sprawdziliśmy na forum internetowym Nasz Bocian badania, którym byliśmy poddawani pasowały do badań wstępnych potrzebnych do przeprowadzenia zabiegu In-vitro – przypadek? – może. Niepokój rodził się co raz większy, zaufanie do lekarza wisiało na włosku, jednakże zaparliśmy się siebie i pomyśleliśmy, że widocznie Pan Bóg ma Swój plan byśmy tą drogą szli. Równolegle klęknęliśmy  do modlitwy oddaliśmy to leczenie Panu i prosiliśmy by to On kierował nami, poprosiliśmy o modlitwę również naszych przyjaciół, którzy towarzyszyli nam w naszych zmaganiach.

I zaczęło się „leczenie właściwe”. Na wstępie kontrola USG wykazała, że mam torbiel (o tym to akurat wiedzieliśmy po USG w lipcu w innej klinice). Pan doktor stwierdził, że nie powinna przeszkadzać w zajściu w ciążę, według niego konieczne było wykonanie  badania na agresywność śluzu oraz badanie nasienia męża – upokarzające badanie, lecz czego się nie robi dla upragnionego celu. Na kolejnej wizycie poprosiliśmy lekarza (aby mieć absolutną pewność), żeby zaznaczył w naszej karcie, że jesteśmy przeciwni „In vitro”, że jesteśmy za życiem. Na pytanie doktora dlaczego, przecież to bardzo nowoczesna metoda z coraz większą skutecznością odpowiedzieliśmy, że nie jest to przecież metoda leczenia, tylko zapłodnienia, że jest instrukcja Kongregacji Nauki Wiary „Donum vitae”, encyklika „Humanie vitae”, itd. , na co doktor: no tak, ale to tylko z punktu widzenia wiary… na co my: tak i prosimy aby naszą wiarę uszanowano. Lekarz powiedział że wykorzysta wszystkie znane metody, ale jak zawiodą to co? Powiedzieliśmy, że wtedy pozostanie nam jeszcze adopcja, która jest inną formą rodzicielstwa. Lekarz przy każdej następnej wizycie niby to mimochodem podejmował temat „In vitro”, pokazywał artykuły dr Szamatowicza w tym temacie, my zaś w odpowiedzi  daliśmy mu do przeczytania opinię prof. Bogdana Chazana i prof. Fijałkowskiego, na co dość zirytowany powiedział, że skoro jesteśmy tak wierzący to powinniśmy wiedzieć, że przecież Sara też zaszła z ingerencją, my na to, że oczywiście ale z Bożą Łaską a nie lekarską.                              

W między czasie byłam na kontroli po zabiegu kolposkopii u innej pani dr w tej samej klinice i zamiast siedzieć u niej 15 min. wyszłam po 1,5 godziny. Związane to było z tym, że w tej klinice mają karty elektroniczne i wchodząc na wstępie pani dr do mnie: pani jest przeciw, a ja mam synka z In vitro, no i zaczęło się… znowu dyskusja na argumenty ..i na koniec nawet przyznała mi rację, że wspomagany rozród z In vitro jest faktycznie nie moralny, ale ona i tak jest szczęśliwa, że jej się udało. Wyznała, że nawet proboszcz podczas kolędy sugerował jej żeby w końcu pojednała się z Bogiem, ale ona chce mieć jeszcze jedno dziecko i może wtedy.., ja się zapytałam: a co na to pani mąż? Odpowiedziała, że nie ma męża- jest rozwiedziona i dziecko wychowuje sama. Pozostawiam to bez komentarza.

            Wracając do leczenia to pan dr do grudnia poddawał nas różnym badaniom i gdzieś pod koniec listopada stwierdził, że nasz „przypadek” idealnie nadaje się do zapłodnienia pozaustrojowego, bo tylko takie da efekt. W tym miejscu trzeba nadmienić, że dr na początku gdy dowiedział się o dwóch poronieniach zakazał nam współżycia w dni płodne , aż do momentu gdy nas dokładnie nie zdiagnozuje, gdyż trzecie poronienie spowodowało by znaczne komplikacje w leczeniu (znając metodę wieloobiawową ograniczyliśmy się do współżycia w dni niepłodne – chcieliśmy być odpowiedzialni - w późniejszym czasie dowiedzieliśmy się z Internetu, że po trzecim poronieniu wszystkie badania związane z leczeniem niepłodności mielibyśmy refundowane przez NFZ – czy o to doktorowi chodziło?).

Tu już na każdym kroku go sprawdzaliśmy – stracił nasze zaufanie. Ja miałam co raz większą depresję, smutek bezsilności rozdzierał nasze serca, chcieliśmy zrezygnować z czegoś czego nie można było nazwać leczeniem tylko szeroko zakrojoną i bardz kosztowną diagnos Zasugerowaliśmy panu dr, że w końcu może spróbowalibyśmy zajść w ciąże bo przecież jeszcze tego nie próbowaliśmy. Pan dr się do tego przychylił, ale zasugerował kontrolę dwa razy w tygodniu i podawanie odpowiednich leków w poszczególnych dniach cyklu. Po pierwszym „nieudanym” cyklu zasugerował, że trzeba zrobić badania genetyczne, ale tego już nie zdecydowaliśmy się zrobić (finansowo i moralnie byliśmy wykończeni) i poprosiliśmy o epikryzę celem okazania jej w ośrodku adopcyjnym. Słowa te dotknęły pana dr bardzo i z wydobyciem epikryzy mieliśmy duże komplikacje, zaś na samej epikryzie napisał, że „zapoznano pacjentów ze współczesnymi metodami leczenia niepłodności – In vitro

Tak właśnie w naszym odczuciu działają kliniki „leczenia niepłodności”. Nie leczą tylko przygotowują pacjentów do niemoralnego i nie mającego nic wspólnego z leczeniem zabiegu In vitro. Lekarz podczas jednej z wizyt powiedział, że stanu w jakim znajduje się kobieta nosząca pod swoim sercem dziecko w wyniku zabiegu In vitro nie możemy nazwać jednoznacznie ciążą, gdyż jej organizm przez cały czas, aż do porodu walczy z „intruzem”, więc należy podawać kobiecie leki które będą ten proces hamować. Lekami kobieta walczy się z własnym układem obronnym. Każda kobieta kocha swoje dziecko od urodzenia, zaś my chcielibyśmy pokochać nasze dziecko od samego początku jego istnienia. Nie możemy sobie wyobrazić, że nasze dziecko miałoby powstać „na szkle” rękami lekarza, a nie podczas aktu okazywania sobie miłości przez swoich rodziców. Miałoby być wyselekcjonowane oczami uznającego się za „boga” lekarza spośród kilku-kilkunastu dzieciaczków powstałych w ten sam sposób. Co byśmy mu później powiedzieli: żyjesz bo lekarz tak chciał, abyś mógł żyć twoje rodzeństwo musiało zostać zlikwidowane bądź zamrożone? Jak to piszę to aż ciarki mi przechodzą. A co z żoną: najpierw wymuszone „wielojajeczkowanie” (okropnie bolesne zastrzyki), później „ciąża”, której jej organizm nie chce i trzeba z nim walczyć
(psychicznie można się wykończyć – udowodniono, że wśród par, które zdecydowały się na In vitro niezależnie od „efektu” notuje się duży odsetek rozwodów). Cierpi domowy budżet, gdyż metoda jest bardzo droga (to może za sprawą tego rządu ma się zmienić), cierpi morale rodziny, a na koniec sumienie, bo co zrobić z „dziećmi” które nie miały szczęścia. Najbardziej irytujące jest w tym wszystkim jednak coś zupełnie innego. Jeżeli obecny rząd RP chce dopomóc dyskryminowanym rodzinom, które nie mają dzieci, to czyż nie powinien wziąć pod uwagę wszystkich nowoczesnych metod „pozyskiwania potomstwa” i wybrać najlepszej znanej na świecie i ją finansować? Dlaczego w Polsce mówi się tyle o skuteczności In-vitro skoro w USA kliniki te padają jedna po drugiej w miejscach gdzie powstają o wiele skuteczniejsze kliniki naprotechnology. Do jedynej w Europie znajdującej się w Irlandii, kieruje się kobiety, które przeszły bez powodzenia przez trzy próby In vitro, i co się okazuje? Po trzech latach na 10 par „niepłodnych” 9 rodzi zdrowe dzieci. Komu zależy aby to ukryć?

My po dziewięciu latach małżeństwa mamy jedno dzieciątko narodzone „z serduszka” i nie przestajemy modlić się i starać o takie „z brzuszka” Na naprotechnologię na razie nas nie stać, ale z Bożą pomocą wszystko jest możliwe. Należy tak długo pukać, aż w końcu Ktoś „przez natręctwo nasze” nam otworzy

 

Szczęść Boże

 Asia i Andrzej z Gdyni

 

Oglądaj nasz kanał na YouTube

W sumie odwiedzin:
Dzisiaj:

Newsletter: